Subiektywny pamiętnik muzyczny, express yourself został przeniesiony na makelifefriendlier.blogspot.com. Zapraszam.
Express-owa szukalnia
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alternatywa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alternatywa. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 27 kwietnia 2015
Zaskakujące i odkrywcze V - Agnes Obel
Kolejna odsłona z cyklu: zaskakujące i odkrywcze, to wokalistka i autorka tekstów pochodząca z Danii a mianowicie Agnes Obel.
Musicie się przygotować na dużą dawkę spokoju i wolnych, melancholijnych dźwięków. Agnes, dziewczyna z fortepianem, która porusza swoją wrażliwością i dźwiękiem, skromne aranżacje i mała ilość instrumentów, słychać głównie tylko fortepian i smyczki, oraz otulająca ciepłym wokalem.
Dla mnie jest połączeniem Tori Amos, Enyi i muzyki filmowej, tj. chociażby poruszającej muzyki z filmu "Fortepian". Wszystko łączy razem w bardzo urocze, spokojne i melodyjne dźwięki.
Do tej pory wydała dwa albumy Philharmonics i Aventine. Jej utwory znalazły się na kilku ścieżkach dźwiękowych do filmów i seriali.
Cudowne "Fuel to fire", czy "The course" trzeba posłuchać, rozmarzyć się i pozwolić unosić dźwiękom.
Agnes pochodzi z rodziny muzycznej i od dziecka uczyła się grać na pianinie, jest moją drugą zaraz po Tori ulubioną dziewczyną z fortepianem.
Można z nią pracować, gdy przygrywa cichutko w tle (co czynię od kilku dni), można słuchać w samochodzie, czytając książkę itp.
Bardzo inna, nowa, "bez prądu", kameralna, utrzymana w skromnej stylistyce, przepiękna muzyka. Zdobywa coraz większe uznanie i rozpoznawalność.
Posłuchajcie tylko......... Polecam bardzo!
Nowości na blogu.
Po prawej stronie na blogu wrzuciłam linki do moich stron na innych portalach: facebook'u, twitterze, instagramie i pintereście. Zachęcam Was również do zerknięcia i w tamte miejsca. Komentujcie, wrzucajcie swoje linki, dajcie się poznać. Zapraszam serdecznie.
Prowadzę jeszcze drugiego bloga:
www.zebrarodzinnie.blogspot.com, niektóre profile są połączone dla tych obu blogów, więc nie zdziwcie się, że nagle wyskoczą moje sprawki rodzinne w niektórych postach.
Zapraszam Was do siebie na bliższe poznanie.
Miłego początku tygodnia!
piątek, 27 lutego 2015
Muzyka filmowa - soundtrack IV Urodzeni mordercy
Czwartą propozycją na udany soundtrack jest muzyka z filmu "Urodzeni mordercy". Film z 1994 roku w reżyserii Oliviera Stone'a z niezapomnianymi rolami Juliette Lewis i Woody'ego Harrelson'a.
Film i jego fabuła również niezapomniana, poniżej recenzja, dla tych którzy nie oglądali, aby zachęcić do obejrzenia, przeczytajcie polecam:
recenzja reCoil, filmweb, 23.08.2007r.
"Ameryka kocha morderców.
W szczególności tych seryjnych. Są wpisani w amerykańską popkulturę tak samo jak gwiazdy rocka. Charles Manson, Charles Starkweather czy Ted Bundy - te nazwiska wzbudzają w ludziach takie samo zainteresowanie co przerażenie. O tych ludziach powstała niejedna książka, niejeden dokument.
Oliver Stone ("JFK", "Pluton") kocha Amerykę. Dlatego tworzy filmy poruszające problemy trapiące ten kraj, jak i jego społeczeństwo. Dzięki temu reżyser ten nazywany jest często sumieniem Ameryki. Również dzięki temu, ma w swoim dorobku kilka dzieł uznanych za wybitne.
Quentin Tarantino ("Pulp Fiction", "Wściekłe psy") kocha popkulturę. Chłonie wszystko, co pojawia się w kinie czy telewizji, przetwarza na swój sposób i wypluwa dzieła świeże i oryginalne, mimo iż korzysta z tego, co już widzieliśmy wielokrotnie.
Te trzy czynniki złożyły się na powstanie kontrowersyjnego obrazu, jakim są "Urodzeni mordercy". Film wyreżyserowany przez Olivera Stone'a w oparciu o (zmieniony) scenariusz Tarantino opowiada historię pewnej pary. Pary dość nietypowej, można dodać. Mallory (Juliette Lewis) i Mickey Knox (Woody Harrelson). On - zbiegły więzień, recydywista, o nieznanej przeszłości. Ona - wykorzystywana przez ojca, przepełniona nienawiścią dziewczyna. Oni - najbardziej poszukiwana para Ameryki. Bezwzględni mordercy, przemierzający kraj Drogą Międzystanową 666, zabijający spotkane po drodze osoby. Mordują nie dla zysku czy z zemsty, tylko dla samej frajdy. Ich czyny sprawiają, że stają się celem policji, postrachem zwykłych ludzi oraz idolami całego pokolenia! Młodzi ludzie zafascynowani wizerunkiem morderczej pary wykreowanym przez program Wayne'a Gale'a (Robert Downey Jr.) "Amerykańscy Maniacy" kibicują Mickeyemu i Mallory, czyniąc z nich ikony popkultury. Jednak w pościg za parą rusza równie psychopatyczny detektyw Jack Scagnetti - w tej roli Tom Sizemore. Ich starcie, a także jego konsekwencje prowadzą do rozpętania istnego piekła na Ziemi.
Jednak nie jest to tylko opowieść o pościgu policji za dwójką przestępców. Jest to także, a może przede wszystkim, spojrzenie na rolę, jaką odgrywają media we współczesnym społeczeństwie amerykańskim. O tanich sensacjach i obsesjach, o kulcie. O tym, jak papka serwowana przez telewizję ogłupia widzów, których sami reporterzy mają za stado tępych krów, wpatrzonych bezmyślnie w rozświetlone ekrany.
Wizualnie perfekcyjny, mieszający style i konwencje, kontrowersyjny, anarchistyczny i brutalny. Te określenia pasują do "Urodzenych morderców" jak ulał. Projekcja starych filmów jako tła, łączenie scen kolorowych i czarno-białych, kreskówkowe wstawki czy wreszcie scena z życia młodej Mallory. Przedstawienie chorych relacji w rodzinie i seksualnych nadużyć ojca w konwencji sitcomu - to wszystko tworzy specyficzny klimat. Tak samo jak brutalne sceny, których tu niemało. A wszystko okraszone czarnym humorem i ciężką, psychodeliczną atmosferą.
Fabuła wiąże wiele elementów amerykańskiej kultury i jej symboliki. Mamy tu wszystko - wyjętych spod prawa, bezwzględnych, lecz jednocześnie romantycznych przestępców, gliniarzy, Indian, przemierzanie pustyni w kabriolecie, pościgi, grzechotniki, broń, więzienia, wścibską, wszechobecną telewizję - esencja stereotypowej, znanej z filmów Ameryki.
Przez długi czas po napisach końcowych człowiek czuje się skołowany. Film wzbudza w widzu mieszane uczucia, fascynację, odrazę. Skłania do przemyśleń. Wiele osób może uznać "Urodzenych morderców" za bezsensowne epatowanie przemocą i gloryfikowanie zwyrodnialców (o ironio, przecież właśnie tego satyrą jest ten film). Inni dostrzegą w nim przesłanie czy celne spostrzeżenia. Na pewno nikt nie pozostanie obojętny.
Kino zdecydowanie ciężkie. Ale także kino największego kalibru."
Podobnie jak ciężka, pokręcona, mieszana w odbiorze jest fabuła, ścieżka dźwiękowa do tego filmu jest również niezwykła i nie pozostaje w tle.
Znajdziemy na niej artystów z takich gatunków jak m.in.: country (Patsy Cline), alternatywa (Nine Inch Nails), punk rock (Patti Smith), grunge (L7), gangsta rap (Dr. Dre), nowa fala (peter Gabriel) czy folk rock (Bob Dylan, Leonard Cohen). Dla każdego coś dobrego.
Jednak ci wszyscy artyści oraz specjalnie wyselekcjonowane utwory pod temat filmu, zebrani razem, jeden obok drugiego, tworzą taki klimat, że nawet dla osoby, która nie widziała filmu a ma do czynienia z tą ścieżką dźwiękowa zda sobie sprawę, że ta składanka musiała dotyczyć i wiązać się z czymś niezwykłym.
Album do tego filmu został okrzyknięty najlepszym albumem składankowym 1994 roku, oraz został jednym z najlepszych albumów lat 90-tych. Myślę, że naprawdę zasłużenie, co Wy na to??
Muzyka na tym albumie jest drapieżna, zadziorna, mroczna, hipnotyzująca, żeby po chwili zmienić klimat na pogodniejszy, nadąża za akcją filmu i nadaje jej tempo oraz zachęca do rozmyślań. Myślę, że ten film zapada w pamięć głównie ze względu na muzykę w nim zawartą.
Artyści, których utwory są zamieszczone na składance do "Urodzonych Morderców" to dzisiaj już IKONY muzyki: Bob Dylan, Leonard Cohen, Dr. Dre, Nine Inch Nails, Patti Smith, Peter Gabriel, kto lubi słuchać tych muzyków (bo znają ich wszyscy) wie, że potrafią stworzyć niesamowite numery, naładowane bombami emocjonalnymi i to czuć na albumie do tego filmu.
Posłuchajcie tylko numeru "History repeats itself" A.O.S. jestem w nim zakochana do dzisiaj a minęło już 20 lat.
Zapalcie świeczkę, przyciemnijcie okna i rozmarzcie się słuchając tej playlisty, jest niesamowita, ukłony dla gostka, który składał te numery w jeden soundtrack.
27 luty - Dzień niedźwiedzia polarnego - Natural Born Killer
wtorek, 3 lutego 2015
Ukochana alternatywa VII - R.E.M.
Ostatni, siódmy dzień ukochanej alternatywy to zespół R.E.M, pochodzący z amerykańskiego południa.
Ich muzyka towarzyszyłam mi przez około 10 lat (1990 - 2000).
Na ostatni dzień zestawienia prezentuję zespół, który jest uważany za prekursora rocka alternatywnego na świecie. Członkowie zespołu inspirowali się, takimi gatunkami muzycznymi jak post-punk, folk, garażowy rock'n'roll.
Choć powstał w 1980 roku, swój największy rozkwit miał na początku lat 90-tych.
Początkowo słuchali go studenci i grały tylko uniwerysteckie rozgłośnie radiowe, zespół zyskał rozpoznawalność głównie w tej grupie słuchaczy i dla nich występował.
Dlatego przyległ do nich przydomek zespołu typowo studenckiego i nawet przypisuje się im stworzenie nowego gatunku muzycznego jakim jest college rock.
Nagle okazało się, że na ich koncerty przychodzi dużo większa liczba ludzi, niż na inne zespoły prezentowane przez ogólnoamerykańskie rozgłośnie. I to na niejaki zespół R.E.M jest popyt, dlatego wkrótce zainteresowali się nimi zarówno producenci jak i większe rozgłośnie.
Początek lat 90-tych i wydanie takich albumów jak: Out of Time i Automatic for the people otworzyło dla zespołu ogólnoświatową drogę muzyczną, karierę i popularność. Z tych wydawnictw pochodzą takie utwory jak "Loosing my religion" oraz "Everybody Hurts". "Drive", "Man on the moon" czy " Shiny Happy People".
Świat ich słucha, radio gra a MTV pokazuje teledyski do tych numerów i tak wpadają na moją drogę.
Nie będę oryginalna, moje najukochańsze to oprócz wyżej wspomnianych: "Bang and Blame", "E-Bow the Letter" i "Let me in".
Michael Stipe, przyjaciel Kurta Cobaina, bardzo przeżył jego śmierć, hołdem dla Kurta jest piosenka "Let me in". Po koncercie Nirvany MTV Unplugged, Kurt chciał odpocząć od grunge'owego brzmienia i planował stworzyć akustyczny projekt właśnie z Michaelem - nie zdążyli.
Michael pomagał również Courtney Love po śmierci męża. Byli bohaterami plotek roku 1994, że są razem, że wezmą ślub, że zastąpiła szybko Kurta Michaelem itp....
Piosenka R.E.M. "Man on the moon" jest częścią soundtrack'u do filmu o tym samym tytule, gdzie Courtney zagrała jedną z głównych ról obok Jim'a Carrey'a (mój ulubiony film, polecam bardzo).
Muzyka R.E.M. poruszająca, łagodna, zaangażowana, wokal Michaela Stipe'a mruczący, jednak zatrzymuje na chwilę. Historyczni, bo za ich sprawą post punk przerodził się w alternatywnego rocka (złagodzili brzmienie punk'a, ale pozostali podobnie żywiołowi), grają brzęczce gitary (Jangle pop) i otula ciepła barwa głosu Michaela - koktajl idealny.
Playlista jest Wasza, miłego dnia z R.E.M.
czwartek, 29 stycznia 2015
Ukochana alternatywa VI - Maria Peszek
Drugi polski akcent w ukochanej alternatywie to Maria Peszek.
Bardzo kontrowersyjna wizerunkowo, słownie, poglądowo aktorko-wokalistka.
Córka znanego taty i siostra znanego brata, sama zaczęła być rozpoznawalna najpierw jako aktorka. Ja ją początkowo kojarzyłam z seriali tj. Wiedźmin i z epizodu w Na dobre i na złe, choć seriali nie oglądam, po prostu gdzieś mi przemknęła w TV.
Nagle buch, 2005 rok wydaje płytę "Miasto mania". Pamiętam, że sobie pomyślałam: ok, śpiewająca aktorka czyli poezja śpiewana lub jakieś aktorskie dźwięki rodem z Przeglądów Piosenki Aktorskiej.
Po jakimś niedługim czasie usłyszałam kilka utworów, dzięki mojej koleżance Kurze i obejrzałam teledyski do numerów m.in.: "Moje miasto", "Nie mam czasu na seks" czy "Pieprzę Cię miasto" i już pojawiły się dobre wibracje. Choć wg mnie te piosenki i teledyski mają coś ze spektaklu. Może to kwestia tego, że do tego albumu rzeczywiście powstało widowisko teatralne i przedstawienie multimedialne o tym samym tytule a może po prostu to, że Peszek jest aktorką i ma konotacje aktorskie silnie zakorzenione w genach. Choć sama Peszek przyznaje, że bardziej czuje się wokalistką, przeczytałam to kilka lat temu, nie pamiętam gdzie.
Było to nowe tchnienie i świeży powiew wiatru na polską scenę muzyczną tamtego okresu i dla mnie również, po trzech latach wydany kolejny album pt. Maria Awaria i jeszcze większa popularność. Płyty cieszyły się wielkim zainteresowaniem, krytycy nie szczędzili pochwał, nagrody się sypały a i naród się zainteresował szerzej personą Peszek. I właśnie......
To co ja bym nazwała wolnością artystyczną, wyrażeniem siebie poprzez muzykę i tekst (nomen omen z angielska "express yourself"), tworzeniem dźwięków i tekstów, które nam w duszy i sercu grają, tak duża grupa Polaków (nie chcę generalizować, nie wszyscy) zaczęli Marię zaliczać do zakały, która niepotrzebnie się objawiła. W porównaniu do opinii, które krążą na jej temat w necie i komentarzy pod jej utworami na youtube to moje określenie jest na maksa delikatne.
Fakt jest kontrowersyjna, ma swoje zdanie, porusza w swoich tekstach trudne tematy seksu, cielesności, religijności i polityki czy macierzyństwa (co może być trudne w odbiorze w państwie zamieszkałym przez bardzo prawicowych i konserwatywnych obywateli, gdzie dla wielu te tematy są tabu), ale czy możemy aż tak jej ubliżać i po prostu wyzywać. Każdy ma prawo do własnych poglądów i powinniśmy być naprawdę bardziej tolerancyjni.
Sama też przeżyłabym załamanie, gdybym na swój temat to czytała. Włos jeży się na głowie.
Ja lubię ją za to, że cudnie potrafi się bawić słowem, za niegrzeczne neologizmy (Hujawiak), za piękne porównania (tekst do piosenki "Rosół")za odwagę (Nie wiem czy chcę) no i za muuuzyykę, totalnie wpasowującą się w moje wyobrażenia alternatywy: która porusza, skłania do refleksji i inspiruje, łamiąca tempo, zwrotka nastawia mnie na jakiś klimat, żeby refren zupełnie to rozwiał. Za każdym razem, gdy słucham jakiegokolwiek utworu, to odkrywam go na nowo, no i przede wszystkim za klimat i spójność, którą dla mnie tworzą całe albumy. Podziwiam też wokalistki alternatywne, do których wliczam panią Peszek, że potrafią śpiewać leciutko, delikatnie (Moje Miasto, Nie mam czasu na seks), potrafią być ostre (Pieprzę cię miasto, Sorry Polsko) są różnorodne tak jak ich muzyka (raz klubowe, raz melancholijne), dzięki czemu są tak fascynujące.
Mój najlepszy album to trzeci "Jezus Maria Peszek", kończy cały tryptyk i dla mnie jest najbardziej ciekawy. Kiedyś przeczytałam o tym albumie recenzję, gdzie autor stwierdził, że na tej płycie odchodzi od takiej deklamacji, dykcji i mamrotania aktorskiego. Więcej wokalistki niż aktorki w wokalu i muzyce. Zgadzam się.
Gdzieniegdzie mi nawet przypomina Arctic Monkeys (Nie ogarniam), doszukuję się nawet Bjork (Ludzie Psy).
Najlepsze utwory to z całą pewnością: Ludzie Psy, Nie ogarniam, Wyścigówka, ze starszych Rosół i Muchomory.
Artystka przez duże AAAAA, miłego wieczoru!
wtorek, 27 stycznia 2015
Ukochana alternatywa V - Moloko
Nr 5 zestawienia to brytyjsko - irlandzki duet Moloko.
Zespół ten trudno jednoznacznie sklasyfikować, rozlewają mleko i łykają takie gatunki jak np.: trip hop, house, alternatywny dance czy muzyka elektroniczna.
Na ich czwartym wydawnictwie pt.: Statues wracają do elektronicznego i tanecznego brzmienia (Familia Feeling, Forever More), ale trzeci album pt. Things to make and do, to prawdziwa dziwaczna mieszanka, dziwnych dźwięków co kocham i uwielbiam. Zaliczam ich do alternatywy właśnie dzięki temu trzeciemu wydawnictwu i takim utworom jak: Pure pleasure seeker, Dumb, Indigo czy Mother, trudniejsze i bardziej złożone w odbiorze.
Wokal charyzmatycznej Irlandki Roisin Murphy działa i pokazuje tam niezłe cyrki. Muzyka raz zwalnia raz przyspiesza. Niektóre piosenki bardzo dziwaczne, żeby za chwilę zagrać bardzo popowy i łatwy do wysłuchania numer, chociażby The Time is Now, gdzie instrumenty grają łagodnie a wokal jest wyciszony.
Po czwartym albumie zespół się rozpada. Roisin Muphy idzie solową drogą, wg mnie również wartą uwagi. (Na tym blogu była już prezentowana w poście Irlandia).
Próbuję sobie przypomnieć, kiedy po raz pierwszy usłyszałam o Moloko i nie potrafię, pewnie przy wydaniu ich singla Sing it Back z płyty Thing to make and do, bo był dosyć głośny i popularny, czyli około 1998 roku.
Pamiętam też, że po zakupieniu kasety Moloko o wspomnianym wyżej tytule, sobie wtedy pomyślałam, że chyba nikt poza mną tego nie słucha. Jak mi było miło i jak byłam zaskoczona, gdy kilka lat później poznałam grupę nowych znajomych i na jednej z imprez poleciało Moloko i wszyscy śpiewali ich numery (nie tylko Sing it Back), stwierdziłam: ok jestem u swoich, trafił swój na swego.
Do najbardziej ulubionych należą Remain the same, Being is bewildering and Mother.
Miód z "mlekiem" na moje uszy, mam nadzieję, że na Wasze również.
Miłego dnia! Co za zima :-(
Rano było tak:
A teraz jest tak:
czwartek, 22 stycznia 2015
Ukochana alternatywa IV - Portishead
Czwarta odsłona - Portishead.
Muzyka, którą grają wpasowana jest w gatunek trip hop.
Muzyka proponowana przez Portishead jest taka trochę smutna, melancholijna, ale poprzez nią grupa potrafi stworzyć z pewnością klimatyczną atmosferę. Najlepiej słuchać wieczorem, w zacienionym pomieszczeniu z kieliszkiem wina w dłoni.
Niektóre piosenki świetnie by pasowały do muzyki filmowej (Roads), zresztą od tego zaczęli, nakręcili ścieżkę dźwiękową do filmu "To Kill a Dead Man.
Beth śpiewa delikatnie, wysokim, cienkim, drżącym głosem, który nadaje klimat kruchości i skłania do refleksji nad codziennością. Wszystko (muzyka i wokal) tworzą trochę ciężką i unikalną atmosferę.
W drugiej połowie lat 90-tych obok Bjork i Tori Amos, Portishead był moim trzecim ulubionym przedstawicielem mojej własnej alternatywy.
Sama śpiewałam wtedy w zespole, graliśmy muzykę z połączenia gatunków funky, jazz, pop i po powrocie z prób garażowych lubiłam zapadać się w Portishead.
Dla mnie ta muzyka to taki trans połączony z nutką psychodelii, którym się upajałam i potrafiłam w niej znaleźć optymistyczne dźwięki. Muzyka Portishead dla innych może wywoływać dołujące i depresyjne stany - zgadzam się.
Z pewnością moje najbardziej ulubione piosenki to "All Mine" i It's fire.
Trzeci album zatytułowany "Third" szczerze nie przypadł mi do gustu, może wyrosłam już z Portishead, choć stare numery są dla mnie aktualne i jak najbardziej do schrupania.
Miłego słuchania dzisiejszej playlisty.
22 stycznia - Dzień dziadka
środa, 21 stycznia 2015
Ukochana alternatywa III - Kasia Stankiewicz
Trzecia odsłona ukochanej alternatywy to Kasia Stankiewicz.
Polacy nie gęsi i dobrą alternatywę też grają.
Wokalistka, która rozpoczęła swoją karierę od wygranej w programie Szansa na sukces (pierwsza to Justyna Steczkowska, patrz post Polska biało-czerwoni - odsłona IV-ta).
Druga po Anicie Lipnickiej wokalistka Varius Manx. Niespecjalnie wtedy śledziłam jej drogę muzyczną. Owszem lubiłam Varius z Anitą, później już nie bardzo. Znam oczywiście kilka piosenek Kaśki z Variusami, ale to są raczej przeboje grane w radio niż moje własne poszukiwania muzyczne.
Jednak jedno co pamiętam z tamtego okresu mojej bohaterki, to to, iż bardzo podobała mi się jej barwa, gruby mocny głos, taki z większym przytupem i power'em niż u Lipnickiej.
Tak prawdziwie zainteresowałam się Kasią Stankiewicz, gdy pewnego dnia zobaczyłam w telewizji teledysk do Francuzeczki, singla z drugiej solowej płyty Extrapop, teledysk do wspomnianej Francuzeczki oraz do Schyłku lata - dosyć kontrowersyjne jak na grzeczną blondynkę z Varius Manx, ale jeszcze utrzymane w popowym brzmieniu. Wtedy doszłam do wniosku, tak trzeba się temu przyjrzeć i pobiegłam zakupić album Ekstrapop. Album bardzo przypadł mi do gustu, jest utrzymany w stylu pop i elektro, posłuchajcie na playliście.
Drugi album, bardziej wymagający, oszczędny i surowy. Ten, bardziej kieruje się w stronę alternatywną, bardziej klimatyczny i nastrojowy niż pierwszy. Wg mnie jeszcze bardziej interesujący, posłuchajcie Żółtych sloni, Marca, czy Mokrych ulic.
Koniec ubiegłego roku to wydanie kolejnego albumu Kasi pt. Lucy and the loop, wszystkie utwory są anglojęzyczne. Sama artystka przyznaje, że jest to spektakl muzyczny, zamknięty w 10 piosenkach. W jego skład oprócz piosenek mają wejść wystawy rzeźb, obrazów i fotografii. Nad tym wszystkim pracują artyści z różnych stron świata. Producentem albumu jest człowiek, który współpracował z zespołem MOLOKO, więc zapowiadał się bardzo ciekawie i rzeczywiście jest klimatyczny.
Kasia Stankiewicz - bardzo oryginalna artystka, słuchacz sam chce ją odnajdywać i poszukiwać. Tworzy dźwięki zapadające w pamięć i bardzo poruszające, Jej ścieżka solowa zupełnie różna od dokonań komercyjnego popowego zespołu. Ma własny styl i nie boi się go bronić. Szczerze polecam!!!
Miłego słuchania i odkrywania.
21 stycznia - Dzień babci pamiętajcie o życzeniach :-)
wtorek, 13 stycznia 2015
Ukochana alternatywa II - Tori Amos
Duga odsłona ukochanej alternatywy to Tori Amos.
Muzyczna miłość nie mniejsza a nawet może większa niż Bjork.
Od początku, odkąd prowadzę tego bloga wiedziałam, że muszę opowiedzieć o Tori Amos, ale kilkakrotnie zabierałam się do tego i nie dawałam rady tego ugryźć. Jak ją opisać, jakie piosenki wybrać z pośród tylu, które są mi bliskie, jaką playlistę stworzyć, z których płyt (artystka Amos jest ciągle bardzo kreatywna i płodna). Po rozpoczęciu zestawienia pt. ukochana alternatywa wiedziałam, że teraz się już nie wywinę i muszę podjąć wyzwanie.
Przez ostatnie dni przesłuchiwałam sobie jej płyty i zastanawiałam się nad składanką.
W playliście zamieściłam moje ukochane piosenki Tori, które robią na mnie największe wrażenie, po kilka z prawie każdego albumu, choć najchętniej wrzuciłabym jej wszystkie płyty w całości.
Mam nadzieję, że dla osób, które nie znają tej artystki, ta playlista tylko ich zachęci do dalszego odkrywania i poszukiwania Tori Amos a słuchaczom, którzy ją znają przypomni stare utwory i odświeży ją w muzycznej pamięci.
Pierwsze moje wspomnienie dotyczące Tori Amos to teledysk i piosenka "Crucify" z 1992 roku grany przez MTV. Pamiętam, że zrobił na mnie ten utwór duże wrażenie, ale byłam w tamtym czasie pochłonięta grunge'm, więc zapamiętałam rudowłosą wokalistkę i sposób grania, ale nie zgłębiałam tematu.
Potem przypominam sobie był konflikt między Kurtem Cobainem i Tori Amos o piosenkę Nirvany pt. "Rape Me". Tori była rzecznikiem organizacji wspierającej osoby wykorzystywane seksualnie i jako osoba zgwałcona w młodości bardzo zagorzale sprzeciwiała się takim praktykom i oskarżała, muzyków Nirvany, że stworzyli utwór pochwalający gwałt i zachęcający innych do tego typu czynów.
Kolejne wspomnienie to już liceum i zakup płyty "Boys for Pele" przez moją koleżankę. Oczywiście pożyczyłam od niej tę płytę i koniec już było pozamiatane. Wiedziałam, że to ta sama artystka co nagrała "Crucify", które podobało mi się kilka lat wcześniej.
Od tamtej pory zaczęła się moja, osobista Amosomania. Byłam wtedy na etapie "po rockowego wyciszenia" i poszukiwania czegoś nowego, innego. Wtedy też zwróciłam się bardziej w stronę alternatywy, jako muzyki, która na tamtym etapie mojego nastoletniego życia bardzo do mnie docierała i mnie poruszała.
Dziewczyna z fortepianem do mnie bardzo przemawiała i nadal to robi. Tori Amos tworzy taką muzykę, która porusza duszę i dociera do zmysłów. Trudno obok takiej artystki przejść obojętnie.
Bardzo mocna w wyrazie, śpiewa, grając jednocześnie na fortepianie, który obok wokalu jest na pierwszym planie i narzuca klimat każdej piosence - dynamikę lub spokój i wyciszenie, łagodność lub drapieżność. Utwory złożone, charakteryzują się zmianami tempa, z partii ostrych przechodzi w szepty a pozostałe instrumenty podążają za wokalem i fortepianem. Teksty zaangażowane z przesłaniem, bardzo metaforyczne, ze skomplikowanymi środkami stylistycznymi.
Każda płyta, album jest spójny, klimatyczny. Śpiewa w sposób bardzo osobisty, jakby śpiewała tylko dla Ciebie.
Nie potrafię wybrać jednego najlepszego albumu, podobają mi się wszystkie, słucham je w zależności od dnia i nastroju. Mam ochotę na podróż wybieram Scarlet's Walk, ostatnio słuchałam Under the Pink dzisiaj chyba mam ochotę na Boys for Pele. Tori Amos to artystka tak różnorodna, że każdy w niej odnajdzie coś dla siebie.
Sama Tori przyznaje, że inspiracją dla niej jest sama Kate Bush (już gościła na tym blogu - w zestawieniu pt. powrót do korzeni) druga artystka, którą uwielbiam.
Najdłuższa playlista, same moje wrażliwe dźwięki, mam nadzieję, że Wasze również. Zapraszam do słuchania bogini Amos.
Subskrybuj:
Posty (Atom)